Aliści wstrętni i krnąbrni jego uczniowie przytaszczyli ze sobą następnego dnia po usłyszeniu tejże definicji obskubanego "do żywego" koguta i rzucili Wielkiemu Wykładowcy na stół. Platon wybałuszył oczy i zaniemówił z wrażenia, bo miał przed sobą namacalny egzemplarz "istoty dwunożnej nieopierzonej". Czar wielkiej definicji, układanej w pocie filozoficznego czoła, prysł w jednym momencie. A że "istotą" okazał się kogut, a nie człowiek - świadczy tylko o sprycie uczniów, no i - jako mieszkaniec Ziemi Oławskiej twierdzę z nutką lokalnego patriotyzmu - samego koguta.
Koniec anegdoty, wracajmy do naszych spraw. Każdy odpowiedzialny za swoją "kogucią działkę" dopina sprawy na przysłowiowy ostatni guzik, nie śpi po nocach, zamartwiając się, czy wszystko już przygotował, czy pogoda, czy pogoda nie spłata figla i wtedy precyzyjnie dograny plan imprezy weźmie w łeb z powodu kaprysu Pani Natury.
Tak było wciągu poprzednich dwu edycji - tak jest i tym razem. Ale "reisefieber" przed samym Dniem Koguta jest niczym w porównaniu z emocjami, jakie towarzyszyły wszystkich współorganizatorom tego święta znacznie wcześniej. To, ze animatorzy nie sypiają po nocach i "są do dyspozycji" praktycznie przez okrągła dobę - jest w zasadzie normalne. Bez względu na to, czy organizujemy "Dzień Gimnazjalisty", "Święto Naszego Ukochanego chociaż Odrapanego Podwórka", "Bieg skrzata" czy "Dzień Koguta". Podobne emocje przeżywa każdy organizator wesela (ale takiego prawdziwego, a nie tego od pana Wyspiańskiego), większych imienin lub "osiemnastki". Tylko, ze ci wszyscy ludzie mają, w przeciwieństwie do nas - przygotowujących "Dzień Koguta", zapewnione na ten cel pieniążki. Jeśli ich nie ma - nie ma imprezy. Tymczasem organizatorzy miejskiego święta musza czekać, przebierając nogami, do końca marca - do momentu "zaklepania" budżetu przez Radę Miejską. Wtedy, jak na razie, oddychają z ulgą i zabierają się na ostro do roboty, bo "kruca bomba, mało casu", jak mawiał reżyser z filmu "Vabank". Szukanie na łeb na szyję zespołów, sponsorów (bo pieniądze z miasta to zaledwie około jednej trzeciej budżetu imprezy), wystawców, karmicieli i poicieli. Cały czas w niepewności, czy "Elektryczne gitary" mają wolny termin, czy "Gastro-Jelcz" nie obsługuje tego dnia innej imprezy.
A można by inaczej, spokojniej i bardziej profesjonalnie. Terminy, wystawców i wykonawców "zaklepywać" na następny rok dosłownie dzień po "Dniu Koguta". Można wówczas wybierać wśród pierwszej ligi. Ale do tego potrzebna jest zgoda Rady Miejskiej.
Podpowiadam więc: podejmijcie, szanowni rajcowie, uchwałę ustalającą "Dzień Koguta" corocznym świętem miejskim, z zagwarantowaniem odpowiednich kwot w budżecie. I wy, i my - organizatorzy, będziemy spać spokojniej. Oławski kogut będzie coraz dumniej wypinał białą pierś, a jego piania będą słuchać w coraz odleglejszych zakątkach świata.
Adam "Kukuryku" Sieczka