Na tropie białego koguta

Macanie koguta

Pokazywałem niedawno kilka ostatnich numerów naszej gazety znajomym z Warszawy. Gdy tylko zobaczyli teksty o Dniu Koguta cmokali z zachwytu, od razu informując, że gdzieś na Mazurach mają kolegę, który kolekcjonuje wszystko, co tylko związane jest z kogutem.

Jak się wiec okazuje, nie tylko my jesteśmy tacy stuknięci na punkcie kurowatych płci męskiej. Może warto byłoby stworzyć w Oławie coś na kształt "muzeum koguta" , który przecież i literaturze, i w sztuce, i w gospodarce coś znaczy? Oddaję ten pomysł tym, którzy uwielbiają podkradać cudze pomysły, bo uważam, że "wszystkie koguty są nasze" i hasło "wielbiciele kogutów z wszystkich krajów łączcie się" nie jest wcale idiotyczne.

Wybory najpiękniejszego białego koguta, który mógłby być wzorcem oławskiego herbu są już na półmetku. Za kilka dni dowiemy się, kto dostanie od burmistrza worek pszenicy, a kto certyfikat. Z satysfakcją widzę, że z roku na rok mieszkańcy Oławy i okolic zgłaszają do wyborów coraz więcej kogutów. W tym roku zobaczymy również takie, które hodowano specjalnie na Dzień Koguta, bo "sąsiad mógł wygrać, więc czemu nie ja".

Najwyraźniej zabawa chwyciła i - wprawdzie bez stosownego certyfikatu dla organizatorów - stało się formalnym świętem miasta. Świętem, podczas którego my się bawimy, a koguty przeżywają najwspanialsze chwile swego żywota, mogąc piać dla kilku tysięcy zakochanych ludzi. A że pieję, mogliśmy się przekonać podczas dwóch poprzednich edycji miejskiego święta, np. gdy Kogucik Szałapucik z Sobociska jak na zamówienie dał przed telewizyjnymi kamerami popisowy koncert na koguci dziób, lub gdy Wojtek z Witowic - ubiegłoroczny zwycięzca, wdzięcznym pianiem ogłaszał na oławskim Rynku swoje zwycięstwo.

Koguty, które biorą udział w naszej zabawie, najwyraźniej mają czyste sumienie. Wszak już święty Hieronim pisał, że "na nic temu wesołe pianie, kto ma nieczyste sumienie", a w przypadku oławskiej imprezy pianie zwycięskich kogutów, nigdy nie było na nic, zważywszy na nagrody i humory, jakich doświadczali dotychczasowi zwycięzcy.
W tym roku wyjątkowo zapieją i pokażą swoje grzebienie także koguty zajmujące wysokie grzędy. Ciekawie bowiem zapowiada się turniej, w którym oławski burmistrz zmierzy się ze swoim odpowiednikiem z zaprzyjaźnionej Czeskiej Trzebowy. Który okaże się lepszym "kogutem"? Lokalny patriotyzm nakazuje kibicować własnemu, wrodzona oławska gościnność - sąsiadowi zza południowej granicy. Oklaskujmy więc obu. Mam nadzieje, że ku naszej radości wykrzeszą z siebie tyle żywotności, upory i pomysłowości, co kogut z pewnej starej i dość sprośnej anegdotki, która - wraz z zaproszeniem na Dzień Koguta - pozwolę sobie przypomnieć.

Było sobie kiedyś pewien bardzo kochliwy kogut, co nie jest niczym dziwnym, zważywszy na kogucią naturę. Ten jednak przerastał inne koguty swoją aktywnością. "Obsługiwał" nie tylko własne i sąsiadów kury, ale dobierał się także do kaczek i gęsi. Gospodarz zastanawiał się nawet, czy kogut ze zbyt rozbuchaną chucią nie powinien trafić do garnka. Gdy jednak z siekiera w ręku zaszedł pewnego dnia na podwórko, zastał niecodzienny widok. Otóż kogut, tak dotąd ruchliwy i zadziorny, leżał na ziemi bez ruchu, a oczy miał zamknięte.

- A widzisz! - zawołał gospodarz. - Dobrze ci tak. Gdybyś tak nie rzucał się na wszystko, co się rusza, to byś nie zdychał!
Na te słowa kogut, nie wstając, nie ruszając nawet głową, otworzył jedno oko i wysyczał przez zaciśnięty dziób:
- Spadaj, bo mi wrony płoszysz...

Jerzy Kamiński