Po pierwsze: Irena Żydowska, kierowniczka zakładu wylęgu drobiu, która przewodniczyła naszemu konkursowemu jury, uświadomiła mi czarno na białym, że jako samiec mogę być traktowany jak produkt uboczny. Tak przynajmniej wynika z cen, jakie w tym roku płaciło się za pisklę płci żeńskiej (2,4 zł) i za kogutka (zaledwie 40 groszy!). Mimo tak drastycznej różnicy cen, kogutki i tak nie miały wzięcia. Jedyna szansa w tym, że w kolejnych latach wszyscy zechcą wziąć udział w konkursie i rzucą się na chów białych kogutków, a wtedy akcje samców pójdą w górę.
Po drugie: Panowie! Nie jest jeszcze tak źle, bo na razie bez "produktów ubocznych" kury same sobie nie poradzą z powiększaniem stada, więc robota dla nas zawsze się jakaś znajdzie. Zwłaszcza, że w podwórkowym stadzie jeden kogut zwykle ma 10-11 kur.
Po trzecie: Według mitologii biały kogut oznaczał świt, szczęście, człowieka świątobliwego. Natomiast według wierzeń ludowych, kogut był pierwszym ptakiem, który zapowiedział narodziny Jezusa. Ma także pierwszy obwieścić nadejście Sądu Ostatecznego. Dobrze więc mieć na podorędziu jakiegoś koguta.
Po czwarte: Gdy wraz z konkursowym jury przyjechaliśmy oglądać dziesiątego z kolei koguta, okazało się, że biedak nie doczekał. A miał takie duże szanse... Tydzień wcześniej, w niedzielę, trafił na stół. Nie dochodziliśmy już, czy w postaci rosołu, czy potrawki. Po raz kolejny okazało się, że elekcje króla (tym razem koguciego) zawsze wzbudzają ogromne emocje. Czy była to zazdrość, zawiść, czy może zwykła nieuwaga? Kogutowi, którego nie doczekał, teraz jest już wszystko jedno.
Jerzy Kamiński