Na tropie białego koguta

Kogutem podszyci

Amerykanie dają nam dziś tarczę antyrakietową. To wiemy. My - Europejczycy - kiedyś daliśmy im kurczaki. To wiedzieliśmy, bo mniej więcej tak wyglądała sprawa do tej pory. Najnowsze badania zmieniają jednak to myślenie.

Okazuje się, że kurczaki wzięły się w Ameryce nie za sprawą Europejczyków, ale dzięki Polinezyjczykom. Tym samym, którzy zasiedlili wyspy Polinezji, Nową Zelandię, słynną Wyspę Wielkanocną czy Hawaje. Kury zostały udomowione przez człowieka prawdopodobnie w III tysiącleciu p.n.e. w Indiach, a już dwa tysiące lat później hodowano je w Chinach. Zatem to nie Kolumb odkrył Nowy Świat, w co zresztą wątpiliśmy już dawno, ale właśnie Polinezyjczycy, których dalecy przodkowie zamieszkiwali południowe krańce dzisiejszych Chin oraz Tajwan, skąd wyemigrowali na południe. Dowody na to dały stare kurze kości, a dokładniej materiał genetyczny z nich. Okazało się, że ten z wykopaliskowych kości kur południowoamerykańskich jest niemal identyczny z tym w kościach drobiu z wysp Polinezji.
Ciekawe? Ciekawe. Jak widać historię świata można opisywać również za pomocą drobiu. Podobnie jak historię Oławy, którą wyznacza pianie koguta. Od dziesięciu lat mocniejsze, bo wsparte Dniem Koguta - prawdopodobnie jedynym świętem na świecie, podczas którego wybiera się najpiękniejszego białego koguta, żywy wzorzec miejskiego herbu. Kogo to dziś wzrusza? Wielu, co widać pod sceną. Kto to docenia? Wielu, bo taką imprezę pamięta się długo. Kto chce się zarazić kogucim entuzjazmem? Niestety, wciąż niewielu. Pomysły ulatują, jak Polacy do Irlandii, a przecież nasze miejsce na świecie kształtują nie Kaufland, Tesco czy najnowsza nawet galeria na Grunwaldzkim, tylko lokalność i oryginalność, bo to nas wyróżnia. A my wciąż nie możemy się doczekać koguciej alei sław, nie ma koguciego piania z ratuszowej wieży, nie mówiąc już o jakiejś figurce koguta w Rynku. Tak jakoś dziwnie się porobiło, że z jednej strony władza miejska chce zrobić ludziom imprezę, bo daje pieniądze, z drugiej - instytucjonalnie niewiele ją to obchodzi. No, ale trudno się dziwić powszechnej niemocy, skoro nawet wydział, odpowiedzialny za promocję miasta, nie wie, co będzie się działo w dniu... największego miejskiego święta, nie mówiąc już o jego promowaniu. Ech, szkoda gadać. Pewnie tradycyjnie zrobią sobie urlop...
Cóż, dziesięć lat za nami. Może będzie lepiej, na pewno inaczej. Na razie bawmy się, po raz dziesiąty wybierzmy koguciego króla i śpiewajmy z Marylą Rodowicz, że "miała baba koguta"...


Jerzy Kamiński (VI 2007)